Strona główna
Akcja społeczna na rzecz  Kolei Dużych Prędkości w Polsce



18 września, 14:02

Darujmy sobie opowieść o drodze z Barcelony do Montpellier; to była jednak całkiem inna kolejowa bajka – pociąg Talgo, przypominający polskie EZT, choć odrobinę nowocześniejszy; jedynym wyróżnikiem była podróż w gronie Polaków, którymi wypełniony był nasz wagon.   Właśnie wyjechaliśmy z Montpellier do Lyonu, pociągiem TGV, mając wcześniej kilka minut na przesiadkę – nic się nie opóźniło, wszystko odbyło się jak we francuskim zegarku: perfekcyjnie. TGV już nie robi na mnie takiego wrażenia, choć to przecież klasa sama w sobie. Ot, jedziemy ponad 250 km/h i tylko gdy linia kolejowa zbliża się do autostrady czujemy moc naszej przewagi – samochodom już dziękujemy!   Przed nami 343 kilometry, niecałe dwie godziny jazdy, a przede mną bardzo ładna konduktorka w doskonale skrojonym kostiumie. Projektował je sam Christian Lacroix, kosztowały podobno 20 milionów euro, a jedyne czego dzisiaj żałuję, to chyba tylko tego, że nie trafiłem na pociąg, którego wnętrza zaprojektowała także jego dłoń. Widziałem wcześniej fotografie – jaskrawo zielone i fioletowe fotele, szarość, paski i prążki, doskonale dobrane tkaniny… Nasz TGV jest starszy, dopiero czeka go modernizacja, więc można mieć lekkie uczucie zawodu, choć wyłącznie wówczas, gdy wiadomo, że gdzieś obok turlają się jeszcze ładniejsze wagoniki. Na nasz standard, ten pociąg byłby luksusem, a sama jazda nim – niezmierną przyjemnością.   Znów czuję się jak człowiek, o którego opinię biją się przewoźnicy. Jedziemy na trasie dłuższej niż moja cotygodniowa droga z Poznania do Warszawy, a jednak jadę krócej i w lepszych warunkach; mogę jedynie powiedzieć, że i polscy konduktorzy PKP Intercity są równie uprzejmi… W pozostałych elementach nasza kolej przegrywa z kretesem.    Jedziemy tuż za kabiną maszynisty i silnikami. Kawa w moim kubku ani drgnie. Postawcie ją teraz w pierwszym wagonie za lokomotywą EP09 w „Lechu”… Wyleje się, czy się nie wyleje?